Zbliża się 14 października, czyli Dzień Edukacji Narodowej, potocznie nazywany Dniem Nauczyciela. Z tej okazji warto przyjrzeć się, jak wyglądał zawód nauczyciela na terenach wiejskich w dawnych wiekach. Powiat wrocławski przypomina, że historia wiejskiego szkolnictwa na tych ziemiach sięga co najmniej XVII stulecia, choć zachowanych dokumentów z tamtego okresu jest niewiele.
Nauczyciel z przypadku? Wystarczyło czytać i znać Pismo Święte
Kandydat na wiejskiego nauczyciela nie musiał legitymować się szczególnymi kwalifikacjami. Wystarczyła umiejętność czytania i pisania oraz znajomość Pisma Świętego. Nic więc dziwnego, że funkcję tę najczęściej pełnił organista. Zdarzały się jednak przypadki nietypowe – lekcji udzielali także krawiec w Księginicach, parobek w Galowicach czy ogrodnik w Tyńcu Małym.
Szkoła w izbie mieszkalnej i praca na kilku etatach
Nauczyciel często otrzymywał darmowe lokum, ale z pewnym haczykiem – lekcje prowadził w tej samej izbie, w której mieszkał z rodziną. Przykładem może być belfer z Brzeziej Łąki w gminie Długołęka, który w drewniano-glinianym budynku musiał pomieścić nie tylko własny dobytek i bliskich, ale również dwudziestu czterech uczniów. Do dyspozycji miał piwniczkę, piec chlebowy i pomieszczenie gospodarcze.
Dodatkowe dochody czerpał z przylegającego ogrodu, sadu i pola. Mógł też wypasać bydło na gminnym pastwisku, zbierać chrust, wycinać drzewa w lesie właściciela wsi oraz kosić trawę na cmentarzu. Jak godził to z pracą w szkole? Lekcje odbywały się głównie jesienią i zimą, od siódmej do piętnastej z dwugodzinną przerwą, a w środy i soboty po południu. Wiosną i latem dzieci były potrzebne w gospodarstwach.
Program nauczania i opłaty w ziarnie
W pierwszej klasie uczniowie uczyli się abecadła i sylabizowania, w drugiej – czytania, a w trzeciej doskonalili nabyte umiejętności oraz poznawali pisanie i rachunki. Mieszkańcy wsi sami finansowali edukację swoich dzieci – płacili gotówką, ale też na przykład ziarnem. Nie zawsze jednak wszystkie należności trafiały do nauczyciela na czas.
Skryba, sługa kościelny i dzwonnik w jednej osobie
Obowiązki wiejskiego belfera nie kończyły się na nauczaniu. Był jednocześnie skrybą i sługą kościelnym, odpowiadającym bezpośrednio przed plebanem. Otwierał i zamykał kościół, przyozdabiał go na święta, prowadził księgi, asystował podczas nabożeństw oraz dbał o szaty i naczynia liturgiczne. Odpowiadał także za uderzanie w dzwon – rano, w południe i wieczorem, wyznaczając rytm dnia całej wsi. Dzwonił na pogrzeby i uroczystości, a latem podczas burzy, wierzono bowiem, że dźwięk dzwonu chroni miejscowość przed piorunami. Za tę ostatnią posługę otrzymywał tak zwane „snopy burzowe”.
Ile zarabiał nauczyciel?
W Brzeziej Łące, która od XIII wieku należała do kanoników regularnych św. Augustyna we Wrocławiu, pensję wypłacał klasztor. W XVII wieku wynosiła ona cztery talary rocznie. Rodzice dopłacali w zależności od klasy dziecka – za najmłodszych dziewięć halerzy, za najstarszych jeden srebrny grosz i sześć halerzy tygodniowo. Na św. Michała obowiązywała dodatkowa opłata: mniej zamożni dawali garniec żyta, bogatsi dwa. Klasztor dostarczał nauczycielowi ośmiu korców i jedenastu garnców zboża.
W 1768 roku do szkoły w Brzeziej Łące uczęszczało aż stu sześćdziesięciu sześciu uczniów. Nauczyciel Leopold Sauer musiał prowadzić dziennik klasowy i odnotowywać nieobecności, ponieważ w państwie pruskim nie patrzono już na nie łaskawym okiem. Rodzice, którzy zatrzymywali dzieci w gospodarstwie, płacili grzywnę dwukrotnie wyższą niż opłata za naukę. Mimo to najmłodsi uczniowie przychodzili czasem tylko na dwie godziny, a starsi mieli dyspensę od końca kwietnia do listopada. W lipcu wprowadzono miesiąc wakacji.
Konflikty z proboszczem i słabsi uczniowie
Bezpośrednim zwierzchnikiem nauczyciela pozostawał proboszcz, który wymagał szacunku i pilnował, by belfer nie opuszczał lekcji. Nie zawsze jednak każdy był karny. W 1801 roku Karol Schongart, następca Sauera, wdał się w poważny konflikt z proboszczem Filipem Urbanem. Starosta, badając sprawę, uznał, że nauczyciel „nie był wobec swego przełożonego pod każdym względem posłuszny”, ale równocześnie doskonale sprawdzał się jako pedagog, a jego uczniowie osiągali świetne wyniki.
Nie wszyscy nauczyciele cieszyli się dobrą opinią. W 1690 roku we wsi Węgry belfer prowadził równocześnie karczmę, a zdaniem proboszcza był zbyt niedouczony, by kształcić dzieci. Co gorsza, niewiele wiedział o wierze katolickiej i nigdy nie był u spowiedzi wielkanocnej. Oburzony proboszcz sam nauczał wówczas trójkę uczniów. Słabe wyniki osiągał też Wiktor Hildebrand, który na początku XVII wieku trafił do szkoły w Długołęce. Po kilkunastu latach od jej powstania odnotowano z zażenowaniem, że jedynie cztery osoby we wsi potrafiły podpisać się imieniem. Inni, jak przed laty, zamiast podpisu stawiali trzy krzyżyki.
„Choć teraz trudno w to uwierzyć, kandydat ubiegający się o to stanowisko nie musiał wykazywać się żadnymi wyjątkowymi kwalifikacjami” – czytamy w materiale powiatu wrocławskiego.
Tekst: Sonia Miniewicz, źródło: powiat wrocławski.
Źródło: Powiat Wrocławski – strona oficjalna
Fot. facebook.com

